Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...

22 czerwca 2017

Pierwsze podejście do henny! Henna Orientana i poprawka Venitą

Życie mnie przytłoczyło. Serio. Pierwsze miesiące roku 2017 nie były lekkie, oj nie. Napierw trafiłam do pracy do psychopaty, później pracy nie było wcale, następnie praca u idioty, który nie miał zamiaru za pracę płacić, a jeszcze później dwie prace na raz. Poważnie, rodzice nie uprzedzali, że po studiach będzie tak trudno. Szczęśliwie, widoki na przyszłość mam w tej chwili obiecujące, los się do mnie uśmiecha, więc spokojnie i z radością mogę się zająć tym co lubię.

Notek mam napisane ze dwadzieścia, pisałam, ale nie publikowałam. Nie wiem dlaczego. Wisiały tutaj jak wyrzuty sumienia, czekając tylko na kliknięcie "Opublikuj". Ale musiałam mieć wszystko ułożone, od A do Z. Życie prywatne, zawodowe i to tutaj - moje życie w sieci.

Generalnie bardzo fajnie się wszystko złożyło, bo byłam miesiąc temu u fryzjera, a wcześniej jeszcze zaczęłam bawić się z henną. Miałam wszystko w osobnych postach, ale skondensuję je tutaj, żeby nie robić burdlu na blogasku. Jak wyglądały moje początki z henną, napiszę w tym i kolejnym poście.

Jakoś w marcu zauważyłam, że odrost na mojej głowie zaczyna przekraczać ludzkie pojęcie. Ostatni raz chemicznie farbowałam włosy w listopadzie i o ile sytuacja na długości przedstawiała się wcale nieźle, tak odrost wyglądał jak gniazdo. I to jest to bardziej pozytywne skojarzenie.


Stwierdziłam więc, że dalsze czekanie z hennowaniem mija się z celem, bo jak tu chodzić na rozmowy kwalifikacyjne, gdy do gabinetu potencjalnego pracodawcy najpierw wchodzi mój odrost, a dopiero za nim ja. Wstyd. Zakupiłam więc hennę Orientana, bo wyczytałam, że daje ostatnimi czasy piękne czerwonawe odcienie.

Zanim napakowałam sobie to na łeb przeczytałam ponownie od deski do deski blog Agnieszki wwwlosy.pl [klik], a także trafiłam na blog henna-miksologia.blogspot.com [klik] i tym samym na grupę na fb [klik]. Zarówno te blogi, jak i grupę bardzo, bardzo gorąco polecam, dziewczyny są skarbnicą hennowej wiedzy i daj mi Panie Boże wykorzystać prawidłowo w praktyce choć część tego, co się dowiedziałam. Mądrzejsza o hennowe przepisy zabrałam się za rozrabianie Orientany. Ponieważ nie jestem normalna i nie mogę za pierwszym razem robić rzeczy zgodnie z podstawowym przepisem, zakupiłam sobie herbatkę z hibiskusa, herbatę czerwoną i dawaj parzyć to do zalania ziółek. Śmierdzi taka mieszanka okrutnie, ale da się przeżyć, bez przesady. Na pierwsze hennowanie użyłam:

- 50g henny Orientana
- napar z hibiskusa i czerwonej herbaty - na oko, lałam tak żeby ziółka nie wyszły zbyt rzadkie;
- sok z jednej cytryny dla zakwaszenia henny;
- porządną łychę maski drożdżowej Babuszi Agafii - i to generalnie chyba był mój błąd.


Taką oto mieszankę odstawiłam na 12 godzin, po czym naładowałam to sobie na łeb, pomagałam sobie grzebieniem i pędzelkiem do farbowania. Po to odchodzę od chemicznego farbowania, aby również nie angażować Narzeczonego w tak przyziemną rzecz jak farbowanie mnie i radzić sobie sama. Wcześniej dwukrotnie umyłam włosy szamponem lnianym z Barwy - jest to bardzo ważny krok, aby oczyścić włosy z silikonów i innych nadbudowanych syfów, co by henna pięknie się do włosów przyczepiła. Głowę zawinęłam folią, bandażem i ręcznikiem, tak jak to sprytnie wymyśliła Agnieszka w tym filmiku [klik]. Co prawda Tomek prawie poturlał się ze śmiechu, gdy zielono - brązowa breja zaczęła wyciekać mi spod bandaża, komentując to słowami "A Ty co, z okopów wyszłaś?", jednakże zachowałam kamienny spokój i wytrzymałam tak 2,5 godziny. Zaraz po hennowaniu dało się zauważyć, że część farbowana nabrała jeszcze żywszych rudych refleksów, niestety odrost mocno odcinał się od farbowanych, nabrał odcieni rudo - marchewkowych. Co do stanu włosów, to nie myłam ich po hennie przez dwa dni, w tym czasie dało się odczuć faktycznie sianowatość, szczególnie na końcach. Ale po myciu z porządnym odżywianiem - po prostu bajka, nie myślałam, że mogę mieć takie miłe w dotyku i grube włosy. Niestety nie zrobiłam zdjęć w tym okresie. 

Tak chodziłam jakiś miesiąc. Niestety, henna nie przyczepiła się do moich włosów tak jakbym sobie tego życzyła i po ok. dwóch tygodniach kolor odrostu był szaro bury a nie rudo - marchewkowy. Doczytałam dalsze informację i stwierdziłam, ze chyba niepotrzebnie dałam tę maskę. Ponieważ niespecjalnie miałam szmal na hennę, zdecydowałam się na wersję niskobudżetową, czyli Venitę w kolorze rubin nr 8. Ale tu choć trochę ruszyłam głową i nie wzięłam tego tworu w tubce, tylko mieszankę w proszku. Bo przecież ja lubię challenge. Przy okazji rzut okiem na skład Venity i opis producenta:




Tym razem zrobiłam tylko herbatkę z hibiskusa, czerwoną pu-erh w międzyczasie wypiłam na odchudzanie. Dolałam znów odrobinę soku z cytryny i odstawiłam na całą noc. Venita czy nie Venita, wszystko będę odstawiać :D Przed samym nakładaniem jakoś tak zrobiło mi się żal, że tak mało mieszanki i znowu walnęłam łyżkę maski drożdżowej Agafii. Nie wiem po co, skoro wcześniej stwierdziłam, że to zmniejszyło trwałość henny. Umyłam włosy Barwą, nakładając skupiłam się przede wszystkim na odcinającym się odroście, po długości resztkę rozprowadziłam byle jak. Kolor wyszedł cudowny, piękna czerwień, która całkiem ładnie się zachowywała przez 2 tygodnie. Później zaczęła się wypłukiwać aż do takiego stanu:


Po Venicie nie zauważyłam żadnych negatywnych skutków na włosach, nie wystąpiło uczulenie, głowa nie była podrażniona ani swędząca, a włosy pozostały błyszczące i gładkie. Oczywiście nie uważam aby Venita mogła zastąpić hennowanie czystymi ziółkami, ale jak dla mnie jest to świetne rozwiązanie przejściowe. Trzeba uważać tylko na możliwość wystąpienia podrażnienia albo uczulenia, jednak sztuczne barwniki to sztuczne barwniki i nie ma co z nimi przesadzać. Niestety trwałość koloru pozostawiała wiele do życzenia, więc nie mam zamiaru traktować Venity jako stałego elementu koloryzacji włosów. Po 3 tygodniach od nakładania całość wyglądała tak (końcówki podcinane tydzień wcześniej):


Ostatecznie po trzech tygodniach od przygody z Venitą, zdecydowałam się na kolejny krok. Co wyczyniałam i jak wyszło, opowiem w kolejnej notce :) 

2 komentarze:

  1. Wowo, jaki odcień, mi chyba nigdy nie uda się takiego uzyskać :C

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Myślę, że na długości wybija czerwony Wellaton z listopada, odrost niestety nie jest taki ładny :D a Twoje włosy same w sobie są przepiękne :)

      Usuń

Bardzo dziękuję za każdy komentarz! Jeśli spodobało Ci się w moich skromnych progach, zapraszam do częstszych odwiedzin i obserwacji. Na pewno się odwdzięczę :-)