Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...

8 stycznia 2017

Niedziela dla włosów #5 Pielęgnacja wieloetapowa. Cel: blask!

Przed nowym rokiem kilka razy próbowałam napisać posta, z podsumowaniami 2016, planami na 2017 i cholera wie czym jeszcze, No nie szło mi, po zeszłym roku wybitnie nie chce mi się nic podsumowywać ani planować. Tydzień temu zaplanowałam tak jak zwykle niedzielę dla włosów. Ale o 7 rano w ten piękny noworoczny poranek obudziło nas łomotanie do drzwi i awantura na całą klatkę schodową. W skrócie chodziło o to, że jednej sąsiadce zalało sufit, lokatorzy mieszkania, w którym było źródło awarii zachowywali się dość agresywnie i w ten sposób państwo pogotowie hydrauliczne zakręciło wodę w całym pionie, czekając cierpliwie aż nieprzyjemni lokatorzy nabiorą chęci do współpracy. W tej sytuacji samo umycie włosów okazało się nieco problematyczne. Co prawda przyszła mi na myśl niedziela dla włosów w wersji survival, coś w stylu olejowanie włosów i ogarnięcie ich suchym szamponem, ale w poniedziałek szłam do nowej roboty, więc sprawa była dość ryzykowna. Dlatego Nowy Rok spędziliśmy we dwójkę, oglądając filmy i był to bardzo miły dzień. 


Dzisiaj pielęgnacja włosów była sposobem na poprawę humoru i relaksik. Chciałam przygotować sobie siemię lniane, ale w mieszkaniu mam tak suche powietrze od ogrzewania, że jedyne co bym osiągnęła, to zapewne puch i niedociążenie. Za to nie od dziś wiadomo, że uwielbiam bogatą pielęgnację. Pomysł na dzisiaj zaczerpnęłam od Oli z bloga sophieczerymoja.com. Swoją drogą, całą stronę niesamowicie polecam, bardzo przydatne treści i piękne włosy na estetycznych zdjęciach. Ale do rzeczy.


Włosy zwilżyłam mgiełką aloesową Joanna Naturia i na to nałożyłam olej ze słodkich migdałów. Używałam go bardzo dawno temu (czyt. na początku włosomaniactwa, ale na etapie gdy włosy już nieco odżyły) i byłam bardzo ciekawa jak sprawdzi się teraz. Obawiałam się, że włosy mam jeszcze zbyt suche i zniszczone abym zauważyła pozytywny efekt, jednak ciekawość zwyciężyła. Olej ze słodkich migdałów zapamiętałam przede wszystkim jako świetny zmiękczacz i nawilżacz dla włosów (tak, wiem, że olej nie nawilża włosów, ale po jego zastosowaniu odczuwalny poziom gładkich nawilżonych włosów był zdecydowanie wyższy w porównaniu z innymi olejami, no może poza lnianym). Jest to jednak olej jednonienasycony, przez co nie zawsze może sprawdzić się na włosach wysokoporowatych, Ponieważ miałam zamiar dołożyć tam sporo rzeczy, uznałam, że nic złego nie powinno się wydarzyć.


Po 1,5 godziny z olejem przygotowałam sobie kompres na włosy, złożony z dwóch łyżek miodu, łyżki oleju odżywczego Vianek i oleju rycynowego. Tutaj wzorowałam się na pomyśle Oli, a dokładniej na tym wpisie [klik]. Miód dlatego, że to dobry sposób na przemycenie nawilżenia, jednak w towarzystwie olejów, które zapobiegną niedociążeniu. Olejek Vianek jest ostatnio moim ulubieńcem, ale chyba trafiłam na felerne opakowanie, co mocno mnie irytuje. Więcej wspomnę w recenzji, którą powoli już sklecam. Natomiast olej rycynowy potrafi nadać włosów fantastyczny blask, a taki miałam dzisiaj cel. Solo jednak nie nadaje się kompletnie do olejowania, po swojej pierwszej przygodzie z takim olejowaniem, już więcej tego błędu nie popełnię. Za to zmieszanie go z innym olejem czy maską, znacznie ułatwia aplikację. Uprzedzam jednak, że olej rycynowy może trochę przyciemnić włosy. Wiadomo również, że olej rycynowy potrafi być bardzo pomocny przy wypadaniu włosów i próbie ich zagęszczenia.


Moja mieszanka była niezwykle lepka, trochę pomogło postawienie miseczki na kubku z gorącą herbatą, wszystko leciutko się podgrzało, co ułatwiło zmieszanie. Olej ze słodkich migdałów stanowił podkład dla kompresu, nie zmywałam go ani nie moczyłam włosów. Po nałożeniu klejącej się papki na włosy, zawinęłam je w folię i ręcznik i tak spędziłam 40 minut. Po tym czasie, zwilżyłam włosy pod bieżącą wodą, porządnie odsączyłam i nałożyłam Kallosa Blueberry (emulgowanie). Znowu zawinęłam wszystko w folię i zostawiłam na 30 minut. Wszystkie składniki trzech kroków nakładałam bardzo blisko nasady włosów, jednak nie wmasowywałam w skalp. Nie chciałam przeciążyć skóry głowy. 

Włosy umyłam dwukrotnie kremowym szamponem i płynem do kąpieli dla dzieci Sylveco. Raczej unikam podwójnego mycia włosów, ale jeszcze nie wiem jak ten szampon w ogóle radzi sobie z olejami, a co dopiero z taką ilością rycyny + miód, że wolałam nie ryzykować. Po myciu jako kolejny etap wczesałam lekko maskę Organic Shop z figą i olejem migdałowym (tak dla domknięcia całej pielęgnacji).


Gdy włosy lekko przeschly, ale były nadal wilgotne, w ramach zabezpieczenia nałożyłam olej z pestek truskawek. Zazwyczaj stosuję serum silikonowe, a tak dużo osób używa czystego oleju w tym celu, że muszę w końcu spróbować.

Efekty: na początku naprawdę bałam się, że źle domyłam włosy, były trochę lepkie. Po wyschnięciu włosy są bardzo, bardzo ładne. Żałuję, że do pięknych im daleko, pewnie gdybym im coś takiego jak dziś fundowała częściej, to pewnie szybciej mogłabym się chwalić efektami. Udało mi się również uzyskać bardzo ładny blask. Jak Wam się podoba?





Wieloetapowa pielęgnacja sprawiła mi dziś dużo przyjemności. Fakt, że musiałam poświęcić czas, w końcu jest weekend, a ja musiałam zrobić coś dla siebie :) jeśli włosy, tak jak moje, przepadają za bogatą i zróżnicowaną pielęgnacją, serdecznie polecam wypróbować taki sposób. 


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Bardzo dziękuję za każdy komentarz! Jeśli spodobało Ci się w moich skromnych progach, zapraszam do częstszych odwiedzin i obserwacji. Na pewno się odwdzięczę :-)